asrs

Rzymski podręcznik manipulacji politycznej 

 

   Uzyskanie poparcia elektoratu nie jest sprawą łatwą – wiedzieli o tym starożytni rzymianie, dlatego już w czasach republiki rozpowszechniła się praktyka, którą współcześnie określamy mianem korupcji wyborczej. Starożytni, aby zadość uczynić dbałości o zachowanie wartości demokratycznych podczas kampanii, popełnili szereg ustaw, których celem było zwalczanie nadużyć wyborczych – crimen ambitus). Zapobiegać było czemu – polityk w starożytnym Rzymie musiał być istotnie wilkiem w owczej skórze.

   Skoro kadencje trwały zaledwie rok, a do zwycięstwa wystarczała zwykła większość głosów zasady gry były jasne – należało za wszelką cenę pozyskać jak największą liczbę popierających. Nic dziwnego, że stosunkowo szybko rozwinięto rozmaite techniki agitacji – nierzadko odbiegające od zasad uczciwości i przyzwoitości społecznej. Współcześni politycy, a przynajmniej ci charakteryzujący się pewnym sprytem stosunkowo często z chęcią sięgają po metody proponowane przez Rzymian. Poznanie antycznych technik uwodzenia elektoratu może pomóc nam uodpornić się przynajmniej na niektóre z technik stosowanych dzisiaj podcza prowadzenia kampanii wyborczych.

 

  1. Wprowadzenie do podstaw

 

     W republikańskim Rzymie system głosowania był większościowy – w zależności od tego jakich urzędników wybierano, wymagano uzyskania 18 głosów z 35 tribus na comitia tributa lub 97 ze 193 centurii na comitia centuriata. Dlatego tak istotne było uzyskanie jak największej liczby popierających. Zważywszy na fakt, iż w późnej republice rzymskiej liczba obywateli podwoiła się wskutek uchwalenia ustaw lex Iulia de civitate Latinis et sociis danda i lex Plautia Papiria kandydatom z warstwy nobilitas nie wystarczało już poparcie klientów własnych i klientów swoich przyjaciół. Trzeba więc było zwrócić się do plebsu.

 

 Na początku zaczęto odwiedzać wyborców w domach prosząc o poparcie w nadchodzących wyborach. Jednak ta praktyka stała się prawnie zabroniona na mocy 

ustawy de ambitu z 359 r. p.n.e. i kandydaci musieli sięgnąć po inne środki. Zatem ruszyli na fora, aby tam, zgodnie z zaleceniami Kwintusa Cycerona ( młodszego brata słynnego pisarza)  prosić lud o poparcie. Wskazane było okazywanie swojej wielkoduszności i hojności

 Dobrze rozumiano, że w zależności od adresatów mów, trzeba odpowiednio dobierać słowa. Kwintus Cyceron szczególnie podkreślał wagę bezpośredniego kontaktu jako środka pozwalającego zademonstrować zaangażowanie kandydata w życie publiczne i szacunek dla wyborców.

  Pisarz zalecał również składanie obietnic wyborczych, nawet tych bez pokrycia. W końcu lud niekoniecznie potrzebuje otrzymać coś konkretnego, często samo wyobrażenie sobie lepszej przyszłości wystarczy. 

  Aby przekonać do siebie lud politycy nie obawiali się sypnąć groszem. Cóż bardziej przemawia do wyobraźni elektoratu niż obietnica „Panem et circenses”

Jedną z najpopularniejszych form przekupstwa wyborczego było organizowanie wystawnych uczt dla wyborców (convivium lub cena) albo obdarowywanie ich publicznymi pieniędzmi, zaszczytami lub zwolnieniem z obowiązku wykonywania publicznych prac (munus). Ustawodawca, chcąc ograniczyć podobne praktyki, w 181 r. przed Chr. uchwalił lex Orchia de coenis, która zmniejszyła dozwoloną liczbę uczestników uczt organizowanych przez obywateli

 

Czy w znaczącym stopniu pomogło to w zminimalizowaniu efektów działalności agitacyjnej? Jest to dość wątpliwe, zwłaszcza, że choć ustawa ograniczyła możliwość zaproszenia na takie uczty nie więcej niż 9 osób dziennie, to nie uregulowała liczby uczt w ogóle i nie zakazała przekazania kompetencji do zorganizowania uczty innej osobie. Sprytny kandydat zawsze ma swój sztab, który dotrze tam, gdzie on sam nie zdoła.

 

Rzymianie dbali również o autopromocję. Jako, że pomimo wrodzonej hojności, rzadko kto uznawał za opłacalne wykorzystywanie papirusu i pergaminów do produkcji “ulotek wyborczych”,  napisy zamieszczano na murach. 

Preferowane były hasła krótkie i konkretne, typu: „Casellius na edyla”. Niekiedy jednak pojawiały się także bardziej złożone slogany, np.: „Genialis apeluje do Ciebie, abyś wybrał Bruttiusa Balbusa na duumvira. Zachowa on skarb”. 

 Swoje poparcie w ten sposób na ścianach umieszczali fryzjerzy, złotnicy lub sprzedawcy owoców – zwykli plebejusze. Slogan umieszczano także np. na spodzie kubka do wina, z którego pił zaproszony na ucztę gość polityka starającego się o stanowisko. Występowały także działania mające na celu zdegradowanie konkurentów w oczach wyborców – i tak czasami przechodnie mogli przeczytać informację, że dany kandydat jest popierany przez śpiochów, pijaków lub sprytnych złodziei

 

Jak możemy zaobserwować na przykładzie obecnie trwającej kampanii wyborczej, wyżej wymienione praktyki nie wyszły z mody. Gdy zbliżają się wybory, kandydaci ruszają do walki – nie zawsze czystej. 

 Polski ustawodawca wydaje się bardziej pobłażliwy niż rzymscy juryści. Dozwolone jest na przykład odwiedzanie wyborców w domach. Tak praktyka popularnością cieszy się raczej w przypadku wyborów lokalnych. W tych o większej randze, na przykład prezydenckich, znacznie bardziej powszechne są wiece i meetingi wyborcze. 

 

Tegoroczni zawodnicy wyścigu do Białego Domu stosują się do rad Kwintusa i podczas spotkań sięgają po różnorakie techniki demagogii, snując przed wyborcami wielobarwne wizje lepszej przyszłości.

 

Na przykład Stanisław Żółtek, kandydat Kongresu Nowej Prawicy, obiecuje szybkie zlikwidowanie programów socjalnych i zniesie podatków. Poinformowany przez dziennikarzy o braku kompetencji do podjęcia tegoż rodzaju działania samodzielnie, zdradził zaskoczenie.

 Małgorzata Kidawa-Błońska, kandydatka Koalicji Obywatelskiej na prezydenta, w przedstawionym przez siebie pakiecie zmian postuluje wprowadzenie bezpieczeństwa ekonomicznego, bezpieczeństwa dotyczącego naszego zdrowia i klimatu. Niestety nie precyzuje, na czym miałoby ono polegać. Zapewnia jednak, że za jej prezydentury konstytucja i prawo w Polsce będą przestrzegane i że będzie stała murem za wolnością. Obiecuje też wprowadzenie związków partnerskich i respektowanie obecnych przepisów dotyczących aborcji. W jaki sposób takie reformy miały by być przeprowadzone i w jaki sposób zmusić przeciwników prawa aborcyjnego do respektowania przepisów ustawowych – tego kandydatka nie wyjaśnia.

 

  Jeżeli weźmiemy pod uwagę kompetencje prezydenta wynikające z konstytucji, większość propozycji przedstawianych przez kandydatów to obietnice bez pokrycia. Prezydent ma ściśle określone zadania, a bez większości parlamentarnej żadnych programów społecznych i gospodarczych nie wprowadzi. 

 

  Dzisiaj oprócz banerów wieszanych na murach, do pozyskiwania rozgłosu służą social media. Bez zagłębiania się w szczegóły można zauważyć, w jakim stopniu poprzez portale społecznościowe można wpływać na opinie wyborców. Afera związana z wyborami prezydenckimi w USA oraz Cambridge Analytica dowodzi jak skutecznym medium w kampanii mogą być Facebook lub Twitter. Za pomocą tych narzędzi można na przykład skutecznie ośmieszyć konkurentów.

 Wzajemne obrzucanie się błotem przez kandydatów przybiera dziś nawet bardziej skrajne formy niż w starożytnym Rzymie, bo o ile kandydaci na najwyższe urzędy republikańskie raczej unikali bezpośrednich wyzwisk, dziś niewielu przejawia podobne skrupuły. Tak na przykład Robert Biedroń skomentował pojawienie się minister Emilewicz na Jasnej Górze: 

 

Ewangelistka Emilewicz na Jasnej Górze bez cienia zażenowania z ambony namawia do głosowania na Andrzeja Dudę. Całość w ramach świętej misji transmituje TVP. Państwo prawicy w pełnej krasie

 

Zachowanie Pani Emilewicz może budzić pewne zastrzeżenia, szczególnie że do wyrażenia poparcia konkretnej strony politycznej wybrała skądinąd miejsce kultu. Niemniej jednak sam komentarz nie stanowi przejawu wysokiej kultury.

 

Chociaż niektórzy używają jeszcze ostrzejszych określeń. Tak na przykład Andrzej Duda komentuje deklarację Rafała Trzaskowskiego, który obiecał, że zawetuję każdą ustawę, która będzie chciała podwyższyć wiek emerytalny lub znieść 500 plus. 

 

Dziś mówi, że nie podpisałby ustawy podwyższającej ten wiek, ale nie wierzcie, bo są dwa wyjścia: albo kłamie, albo jest niezrównoważony skoro zmienia zdanie z dnia na dzień.

 

Sam prezydent nie komentuje jednak w żaden sposób tego, iż sam nie dotrzymał danego w 2015 roku słowa, obiecując np. podniesienie progu kwoty wolnej od podatku.

  

Wracając do starożytności, warto wspomnieć, że upadek ustroju republikańskiego i zastąpienie go systemem władzy skoncentrowanej w jednym ręku (pryncypat), nie przyczyniły się do zmniejszenia zjawiska korupcji o czym świadczy norma zapis cap.

CXXXII w lex Ursonensis. W municypiach nadal odbywały się

zgromadzenia wyborcze, którym towarzyszyły nieprawidłowości wcześniej

występujące w republikańskim Rzymie. 

  Princeps, Oktawian August doskonale zdawał sobie sprawę z roli igrzysk oraz z potrzeby zapewnienia tłumom rozrywki. W „Res Gaeste Divi Augusti” podaje, że podczas swych rządów wydał 4 razy igrzyska w swoim imieniu oraz 23 razy w zastępstwie urzędników do tego zobowiązanych, którzy byli za biedni, lub nieobecni.

   Obecna władza nie musi wydawać igrzysk – wystarczy, że zapłaci za ich transmisję, zamiast przeznaczyć pieniądze na finansowanie leczenia onkologicznego. 

    

Obserwowanie wydarzeń na współczesnej scenie politycznej z rzymskiej perspektywy pozwala uzmysłowić sobie jak techniki znane już w starożytności stosuje się w dzisiejszej polityce. Natura ludzka nie zmienia się aż tak bardzo, za to ewoluuje technika dzięki której metody manipulacji stają się coraz bardziej wyrafinowane. Warto mieć to na uwadze śledząc doniesienia medialne i krytycznym okiem spoglądać na każdą dostarczoną informacje. 

Jak słusznie zauważył Horacy;  „Jesteśmy okłamywani pozorami prawdy”. 

Dobrze byłoby, gdyby idący w tym roku do urn, zachowali te słowa w pamięci.

 

Bibliografia:

 

  1.  A. Świętoń, Obywatelstwo rzymskie, [w:] Rzymskie prawo publiczne. Wybrane zagadnienia, Olsztyn 2011, s. 124. 

 

  1.   Kandydaci w obliczu pandemii, Ela Glapiak, Business Insider, 5.05.2020

 

  1.  Duda obrzuca Trzaskowskiego błotem: “Albo kłamie, albo jest niezrównoważony”, Magdalena Kulej, Wiadomości Radia Zet z dnia 20.06.2020

 

  1. Wybory 2020. Nowy sondaż prezydencki. Dojdzie do niespodzianki?, Super Express z dnia 21.06.2020

 

  1.  Korupcja wyborcza w świetle ustaw municypalnych antycznego Rzymu na tle rozwiązań normatywnych w polskim systemie prawnym, Sitek Bronisław, 2012

 

  1. Jak wygrać wybory w Rzymie, Jan Kwapisz, Mówią Wieki 2015

 

  1. Convivium», «cena» i «donum munus» w Antycznym Rzymie a współczesne dylematy korupcji wyborze , Studia Prawnoustrojowe nr 11, 5-15, Bronisław Sitek, 2010

 

Kilka słów o Jadoville… czyli jak nie robić filmów historycznych.

    Kule śmigają na ekranie, dramatyczne krzyki zdradzają, że kolejni bohaterowie dokonali żywota, a strzelający z karabinu dzielny dowódca strzepuje z włosów niewidzialny pyłek. Oglądam właśnie Jadoville, produkcję Netflix’a z 2019 roku i zastanawiam się, co też jest z tym tworem nie tak. Coś zdecydowanie tu nie gra, bo choć akcja nieustannie brnie do przodu, to mam wrażenie, że zaraz zasnę. 

    Czy chodzi o fatalny sposób nagrania i nijaki montaż, który poziomem wykonania zbliżony jest do dzieła początkującego YouTubera? A może wina leży po stronie drętwych dialogów? Bo w końcu nie zawinił skądinąd świetny temat – przecież wojna w Kongo to jeden z najbardziej interesujących, a rzadko poruszanych wątków historycznych. Przyglądam się dalej i próbuję docenić zaangażowanie emocjonalne aktorów. Niestety – cielęce spojrzenia Jamie’ego Dornana powodują, że choć usilnie staram się obudzić w sobie współczucie dla bohaterów, wybucham śmiechem – być może filmowy Dorian Grey powinien pozostać na znanym sobie łóżkowym polu bitwy i nie mieszać się do spraw politycznych? Chociaż, szczerze mówiąc, nie jestem pewna, czy wymiana obsady uratowałaby dzieło amerykańskiego giganta.

    W tym filmie nic nie jest dobre. Kostiumy jak dziecięce przebrania karnawałowe, muzyka o której ciężko jest powiedzieć coś więcej po za tym,, że brzmi jakby ktoś odpalił losową playlistę “Dramatic music” ze Spotify. Nie wiem, czy się śmiać, czy płakać. Ni to dokument, ni to film fabularny. Taka hybryda, która chwieje się pomiędzy jednym, a drugim. Wszystkiego tu po trochu – krwi, brudu, walki, łez, historii…- ale niewiele z tego wynika. Wątek miłosny byłby bardziej porywający, gdyby rozgrywał się pomiędzy parą pieczonych kartofli – rozmowy telefoniczne aktorów nie osiągają nawet poziomu gorącej sekretarki RMF.
Z trudem udaje mi się dobrnąć do końca tego spektaklu żenady i zastanawiam się, jakim cudem ta sama wytwórnia potrafiła stworzyć tak ciekawą produkcję jak Narcoz.

   Oglądanie Jadoville odradzam w szczególności miłośnikom historii – oszczędzicie sobie nerwów. Już lepiej spędzić wieczór z książką, która posłużyła za pierwowzór, a której potencjał nie został w najmniejszym stopniu wykorzystany. Więcej o tym filmie nie powiem, bo pewne rzeczy lepiej po prostu przemilczeć, jeżeli nie ma się nic dobrego do powiedzenia.

Chleb i igrzyska zamiast leczenia

Starożytni Rzymianie doskonale zdawali sobie sprawę z tego jak ważną rolę odgrywa zapewnienie ludowi odpowiedniej rozrywki. Huczne igrzyska i uczty w rękach umiejętnych władców były skutecznym narzędziem łagodzenia nastrojów. Gdy lud zaczynał się niepokoić o swoje losy wystarczyło zorganizować wyścigi rydwanów i sypnąć złotem. Bezrobotni chwilowo zapominali o głodzie, pracujący nie narzekali na podatki –  w końcu tylko bogaty kraj może pozwolić sobie na tego typu rozrywkę, więc nielogicznym byłoby narzekanie na aktualną sytuację polityczną. Nie trudno zauważyć, że pomimo upływu dwóch tysięcy lat, starożytne techniki manipulacji wciąż sprawdzają się znakomicie. Najpierw było rozdawnictwo – rząd sypnął garścią złota w postaci 500 plus, żeby lud zajął się czymś, kiedy po cichu będzie robiło się „porządki” z sądownictwem. Potem przystąpiono do ofensywy na media publiczne. Propaganda potrzebuje skutecznych narzędzi. Kto czytał Orwella ten wie, że prawdą jest tylko to, co zostanie wyprodukowane przez sprawny aparat manipulacji. Może lud zajęty nuceniem piosenek Zenka lepiej zniesie czekanie w kolejkach do lekarzy. Może zamiast na specjalistyczny sprzęt medyczny zadłużone szpitale powinny wydać pieniądze na instalacje telewizorów w pokojach chorych? Oglądanie spotów wyborczych z pewnością umili im czas w oczekiwaniu na operację. Reklamowane suplementy na pewno zastąpią szereg leków nierefundowanych przez NFZ. Należy tylko uważać, żeby przez przypadek do telewizji publicznej nie przedostały się materiały z ubiegłej kampanii. Ktoś mógłby zwrócić uwagę na fakt, że duża część obietnic, na przykład te dotyczące zlikwidowania Narodowego Funduszu lub zapewnienia darmowego dostępu do leków dla kobiet w ciąży, wciąż nie zostały spełnione.  

Dwa miliardy na media publiczne bez wątpienia przysłużą się Służbie Zdrowia – 100 tysięcy chorujących na nowotwory Polaków dowie się, jak skutecznie obronić się przed koronawirusem. W końcu mamy już pięć przypadków ! A to, że  w kwestii leczenia onkologicznego jesteśmy daleko w tyle za standardami europejskimi, że brakuje środków na leki i specjalistyczne zabiegi, nierefundowane przez NFZ, to kolejny nieistotny szczegół.  Aby nie być gołosłownym przywołajmy przykład zabiegu mastektomii, stosowanego przy nowotworach piersi. NFZ wycenia świadczenie na 5500 i taką kwotę refunduje. Rzeczywista wartość zabiegu – zdaniem onkologów – wynosi ponad 7300. Są też inne metody leczenia, ale dziwnym trafem niedostępne w Polsce, na przykład elektrochemioterapia. Według specjalistów niecały miliard złotych skutecznie zasiliłby leczenie onkologiczne. Jednak rządzący wydają się uważać, że zdecydowanie lepszą terapię zapewnią pacjentom Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej.   

Kampania wyborcza rozkręca się na dobre i zamieszanie wokół Służby Zdrowia posłuży jako kolejne narzędzie rozgrywek politycznych. Szkoda, że po wyborach, pewnie sprawa znowu ucichnie, a tysiące ludzi nadal będzie skazanych na nierówną walkę z chorobą. Liczba przypadków zapadnięcia na raka systematycznie wzrasta. Ciekawe na jak długo telewizja wystarczy jako skuteczny środek przeciwbólowy. 

Kobieca twarz imigracji w Katalonii

Opowieść kobiet, które przybyły do Hiszpanii w poszukiwaniu lepszego życia, a zamiast tego doświadczyły przemocy i molestowania. 

Na zebraniu

Są trzy rzeczy, którymi tylko my mamy prawo zarządzać : nasz czas, nasza godność i nasze ciało. Tutaj wszystkie te wartości są nieustannie deptane… 

  Dwanaście kobiet jednoczy się by walczyć o prawa pracownicze dla emigrujących kobiet, dając świadectwo ogromnej skali niesprawiedliwości i przemocy, których ta grupa doświadcza w Hiszpanii. 

    Barcelona, dzielnica Raval zamieszkiwana głównie przez imigrantów. Przed budynkiem szkoły kilkoro dzieciaków kopie wytartą piłkę. Na metalowych drzwiach kolorowe grafitti przedstawia kobietę w tradycyjnym, peruwiańskim stroju. Pod spodem umieszczono napis Espacio de inmigrantes  – Raval .

  Za tymi drzwiami, w małej obskurnej salce, co wtorek spotyka się dwanaście odważnych kobiet – to imigrantki, głównie z Ameryki Łacińskiej, które postanowiły wyjść z cienia, zjednoczyć się i rozpocząć walkę o własne prawa. Poniżane, oszukiwane, przeszły przez piekło. Tutaj wreszcie mogą podzielić się swoim bólem – szukają wsparcia, wierząc, że ktoś przywróci im godność. 

  Nie mają dokumentów, ubezpieczeń, które gwarantowałyby im prawną ochronę bądź pomoc socjalną. Często barierą jest język – niektóre z nich posługują się rodzinnymi dialektami lub portugalskim. Nawet jeżeli znają hiszpański – nie gwarantuje im to lepszego startu. Choć obecnie konflikt pomiędzy najbogatszym regionem Hiszpanii, a resztą kraju nieco przygasł, w Katalońskich urzędach ciągle większym szacunkiem cieszą się ci, którzy płynnie posługują się językiem castellano. Tendencje separatystyczne są tutaj mocno zakorzenione. Jednak, dla imigrantów sprawa nie sprowadza się do walki na linii Hiszpania – Katalonia. W ostatnim okresie zarówno jedna jak i druga strona sporu przejawiają co raz większą niechęć do przybyszów z zagranicy, pragnących osiedlić się w ich kraju. Mówią, że o ile wcześniej brakowało im rąk do pracy, to teraz liczba imigrantów osiągnęła górny limit. Wielu Hiszpanów, włączając Katalończyków, niepokoi się o własną sytuację na rynku pracy, co manifestuje się m.in. popularyzacją ruchów antyimigracyjnych.   W końcu to dla nich zagrożenie, bo zdesperowani by zdobyć zatrudnienie imigranci gotowi są podjąć  jakąkolwiek działalność zarobkową za śmiesznie niskie stawki. Dodatkowo, zatrudniający ich pracodawcy, nie muszą niepokoić się, że w razie nadużyć zostaną pociągnięci do odpowiedzialności.  Wystarczy, że zagrożą zwolnieniem, a już pracownik – imigrant podkuli ogon. 

  O pracę trudno – lepiej się nie wychylać. Liczba przestępstw rośnie, zwłaszcza wobec kobiet, które gotowe są na wszystko, żeby walczyć o zarobek dla swoich rodzin. Kto ma bronić ich praw? To pytanie pozostaje bez odpowiedzi. Według dat CCOO z 700.000 osób obcego pochodzenia pracujących w Hiszpanii, tylko 40% ma umownie zagwarantowane uczciwe warunki pracy.

j pech polegał na tym, że znalazłam się w nieodpowiednim miejscu o nie odpowiedniej porze. Był wieczór, wracałam z pracy w fabryce, gdy nagle usłyszałam podniesione głosy. Grupa mężczyzn, członkowie bandy, dorwali jakiegoś człowieka na ulicy. Pobili go, skatowali oczywiście tylko po to, żeby go okraść. Niestety jeden z przestępców mnie zauważył. Chociaż udało mi się uciec, dwa dni później mój dom został obrabowany i otrzymałam listy z pogróżkami. Mogłam albo natychmiast wyjechać z Bogoty, albo narazić swojego syna na niebezpieczeństwo. Jestem samotną matką, więc nie mogę liczyć na to, że ktoś pomoże mi się obronić. Syna zawiozłam do siostry, a sama spakowałam walizki i wsiadłam w samolot do Barcelony. 

 Ana pochodzi z Kolumbii, ma trzydzieści lat. Na bilet wydała prawie wszystkie oszczędności, resztę zostawiła siostrze na utrzymanie syna. Liczyła, że w Barcelonie znajdzie pracę i mieszkanie, żeby móc sprowadzić dziecko do siebie. Pierwszą noc spędziła na ulicy, dopiero później z pomocą znajomych udało jej się znaleźć pokój w hostelu.

W internecie znalazłam ogłoszenie, w którym szukano pomocy domowej. Poszłam na rozmowę o pracę. Na miejscu czekał na mnie starszy mężczyzna, który oświadczył, że zatrudni mnie jedynie pod warunkiem, że będę pracowała w samej bieliźnie. Uciekłam stamtąd… 

   Dzisiaj pracuje jako kucharka, ale nie oznacza to, że jej rzeczywistość jest wolna od przemocy. Wyzwiska, poniżanie, przemoc fizyczna – te doświadczenia sprawiły, że Ana zamknęła się w sobie. O swoich przeżyciach opowiada drżącym głosem. Z pracy nie zrezygnuje, ponieważ boi się, że innej nie znajdzie, a zależy jej na tym, żeby wreszcie kupić mieszkanie i sprowadzić do Barcelony syna. 

  Nie jest jedyną kobietą, której składano seksualne oferty. O kolejnym przypadku opowiada Erika pochodząca z Peru. Wraz z Awatif, Marokanką i matką piątki dzieci, znalazły ogłoszenie, w którym podano, że potrzebne są dwie panie do sprzątania domu, najlepiej obcego pochodzenia.

Wydawało nam się to dosyć dziwne, ale zdecydowałyśmy się pójść, ponieważ rzadko kiedy proszą o dwie dziewczyny. Gdyby chodziło tylko o jedną osobę, zapewne nie zdecydowałybyśmy się. Wiele dziewczyn opowiadało nam o nieprzyjemnych doświadczeniach, ale liczyłyśmy, że we dwie sobie poradzimy. Drzwi otworzył nam starszy mężczyzna. Gdy weszłyśmy, bez specjalnych wstępów oświadczył, że jeżeli zgodzimy się z nim “pobawić” zapłaci nam 50 euro za noc. Gdy odmówiłyśmy, nie chciał nas wypuścić. Zagrodził nam drogę do drzwi, był agresywny. Cudem udało nam się wydostać… 

  Historia dwudziestokilkuletniej Eriki również przypomina opowieść rodem z koszmarów. Jej sąsiadem w rodzinnym mieście był człowiek chory psychicznie. Mężczyzna otwarcie groził jej śmiercią, próbował włamać się do jej domu. Zaglądał w jej okna, kiedy się przebierała. Pomimo kilkukrotnych zgłoszeń, policja nie zareagowała. 

Powiedzieli mi, że powinnam przedstawić bardziej konkretne dowody. Zarzucili mi, że pewnie sama się proszę, prowokując sąsiada swoim wyglądem! Pewnego razu przyszedł do mojego domu i zaczął mi ubliżać od dziwek. Nagle chwycił mnie za szyje. Wyszarpnęłam się, ale przez następnych kilka dni musiałam ukrywać siniaki pod chustą. Co miałam zrobić ? Nie chciałam czekać aż mnie zabije…

  Postanowiła wyjechać. Tak się złożyło, że kilka tygodni wcześniej jej znajoma przeprowadziła się do Barcelony, więc Erika postanowiła do niej dołączyć. Na miejscu okazało się, że przyjaciółka zaginęła. Erika wylądowała na ulicy. Przez jakiś czas mieszkała w ośrodku dla bezdomnych. Potem poznała Awatifę, matkę pięciu chłopców, z którą obecnie mieszka. Awatifa marzy o tym, żeby któregoś dnia powrócić do dzieci. Wyemigrowała, żeby zarobić na ich utrzymanie. Pracuje na nocnej zmianie w firmie wysyłkowej, godzinami przygotowuje paczki na przesyłki kurierskie – nie jest to najłatwiejsza praca, ale względnie stabilna i bezpieczna. Płaca jest w miarę przyzwoita. Za nim tam trafiła było gorzej – pracowała na zmywaku w chińskiej restauracji, po dwanaście, trzynaście godzin dziennie.

Czasami nie miałam nawet kiedy pójść do toalety, od detergentów ciągle puchły mi dłonie, a od gorąca często kręciło mi się w głowie. Do tego szef traktował pracowników gorzej, niż zwierzęta, wyzywał nas, potrafił splunąć mi w twarz, a gdy koleżanka zasłabła w kuchni, zrobił jej karczemną awanturę. W końcu nie wytrzymałam i odeszłam

 Na pomysł założenia stowarzyszenia wpadła Sylwia. Pewnego razu w parku Raval spotkała Anę. Gdy po bliższym poznaniu wymieniły doświadczenia, Sylwia zdała sobie sprawę, że należy wreszcie coś zrobić. 

  Sylwia wyemigrowała z Kolumbii z mężem. Jej partner pracował jako sędzia pokoju w Cali, ale zbyt liberalne działania mężczyzny nie spodobały się lokalnym władzom. Zaczęły się pogróżki. Musiał uciekać. Razem z Sylwią poprosili o azyl polityczny.  W Cali zostawili dwójkę dzieci. Tutaj próbują ułożyć sobie na nowo życie. Po przyjeździe Sylwia odkryła jak trudna i bolesna jest rzeczywistość imigrantów. Pomimo prawa azylu politycznego nie mogła doczekać się w urzędzie karty uprawniającej do legalnego podjęcia zatrudnienia, a szukając chwilowego zatrudnienia na czarno zorientowała się, jak dramatycznie przedstawia się sytuacja kobiet imigrantek bez papierów. Większość z nich złożyło do urzędów wnioski o pozwolenia, które przez długi okres czasu pozostają bez odpowiedzi. Tymczasem ani bieda, ani głód nie będą czekały na pieczątkę, która i tak nie zawsze gwarantuje pełną ochronę praw.

Po rozmowie z Aną, Sylwia zaczęła szukać osób w podobnej sytuacji. Zorganizowała spotkanie dla kobiet, które doświadczyły przemocy albo molestowania. Liczba przybyłych zaskoczyła ją. Z ponad dwudziestu kilku przybyłych, dwanaście wyraziło skłonność do podjęcia konkretnych działań w celu poprawy swojej sytuacji. Tak powstało Stowarzyszenie Pracowników bez Dokumentów dzielnicy Raval.

Nie chcemy się skarżyć, chcemy żeby nas szanowano. Są trzy rzeczy, którymi tylko my mamy prawo zarządzać : nasz czas, nasza godność i nasze ciało. Tutaj, te wszystkie wolności są nieustannie deptane. Prosimy tych, którzy nas zatrudniają, aby uświadomili sobie, że na naszym miejscu mogłyby znajdować się ich żony, siostry i matki. Nikt nie ucieka ze swojego kraju z przyjemnością, bez ważnego powodu. Jesteśmy ludźmi, tak samo jak rodowici Hiszpanie. 

Wszystkie kobiety chcą walczyć. Rozpoczęły kampanię na rzecz swojej sprawy za pomocą portali społecznościowych. Są podekscytowane, ponieważ właśnie stworzyły projekt logo. Niestety stowarzyszenie nie ma jeszcze komputera, więc projekty graficzne pozostają na razie w wersji papierowej. Następnym krokiem będzie utworzenie internetowej giełdy pracy, która umożliwi im dostęp do kontroli legalności umów. Ponadto, 3 marca zaprezentują swoje postulaty przedstawicielom katalońskiej polityki. Wierzą, że ich wysiłek się opłaci. Na razie nauczyły się zaciskać zęby i znosić upokorzenia, ciągle z nadzieją na lepsze jutro. 

Tekst : Mira Fecko

Zdjęcia : Cristina Tallon

Tekst chroniony z tytułu praw autorskich. Kopiowanie i rozpowszechnianie powyższych materiałów bez wiedzy i zgody autorki jest wzbronione. Tekst udostępniony dla portalu: http://obcasy.pl

Antonio Gaudi – szalony zoofil i fan Gwiezdnych Wojen

  Spaceruję uliczkami Barcelony i nie mogę uwierzyć, że naprawdę tu jestem. Wreszcie spełniły się moje dziecięce sny – z rozkoszą wdycham woń tłuszczu, na którym smażą się patatas bravas sprzedawane na La Rambla i słucham koncertu głosów trajkoczących śpiewnie po japońsku. Podobno przybywam tutaj w okresie, gdy miasto “świeci pustkami” ( to znaczy, że da się przespacerować głównymi ulicami bez konieczności boksowania się ze wściekłym tłumem ) .

Zapewne dlatego podziwiając słynną Sagradę udaje mi się wygospodarować dla siebie kilka centymetrów zasłużonej przestrzeni osobistej. 

  Ze zdumieniem graniczącym z ekstazą odkrywam, iż Gaudi podobnie jak ja, musiał być fanem Gwiezdnych Wojen – figury rzymskich strażników stojące u boku Jezusa wyglądają zupełnie jak filmowi wojownicy ciemnej strony, a sam Chrystus podejrzanie przypomina sylwetką Lorda Vadera. Wizerunki postaci znanych z filmów Georga Lucasa możemy podziwiać także na fasadach domów zaprojektowanych przez artystę.

Nie wiem, czy Gaudi potrafił władać mieczem świetlnym, ale na pewno “moc była z nim” kiedy tworzył swoje najsłynniejsze dzieło. Sanktuarium Świętej Rodziny to prawdziwa perełka architektury. Nawet niedokończona, Sagrada Familia robi na odwiedzających kolosalne wrażenie – o to z ziemi wyrastają drzewiaste kolumny, wznoszą się strzeliście sklepienia, gną się wdzięcznie delikatne łuki. 

  W koronach kamiennych drzew gruchają białe gołębie – dowód na to, że symbioza pomiędzy sztuką a naturą jest możliwa. W Bazylice mieszkają także inne zwierzęta – realistyczne rzeźby różnych gadów i płazów sprawiają wrażenie, jakby w każdej chwili mogły przebudzić się i zacząć pełzać pomiędzy zwiedzającymi.

 Gaudiemu udało się osiągnąć równowagę pomiędzy prostotą, a kunsztowną ornamentyką. Nie ma tu zbędnych ozdóbek – główną dekorację stanowi światło – soczyste kolory żółci, zieleni i czerwieni spływają łagodnie na posadzkę. Ciekawe wrażenie robią też kuliste witraże umieszczone nad konfesjonałami – spływające z nich światło otacza spowiadających się jasnym blaskiem – w ten sposób do wiernych dociera łaska Boża.

  Ważną rolę odgrywa symbolika liczb – 12 wieży zlokalizowane jest na trzech fasadach, oczywiście odnosi się tu Gaudi do postaci dwunastu apostołów. Trzynasta i najwyższa z wież reprezentuje Chrystusa. Cztery stojące w okół symbolizują czterech ewangelistów. Jest jeszcze jedna wieża, ta nad apsydiolą, należąca do Maryi. 

  Kościół Gaudiego to coś więcej niż martwa bryła – przywodzi na myśl żywy organizm. Kiedy spoglądamy na zdumiewającą fasadę Męki Pańskiej możemy dostrzec zarysy kości i ścięgien – ta strona zdaje się łkać w cichej agonii. Odwrotne wrażenie robi Fasada Bożego Narodzenia – obfitująca w radosne przedstawienia scen z Biblii i zwierząt – zobaczymy tu na przykład żółwia, który jak głoszą legendy, utrzymuje świat na swojej skorupie. Nad drzwiami wejściowymi umieszczono smocze łuski – naturalnie –  nie mógł Gaudi nie odnieść się do smoczej tradycji Barcelony.

  Artysta darzył smoki szczególną sympatią. Zobaczymy je w parku Guell i słynnych domach architekta –  ich przedstawienia nie zawsze są tak oczywiste jak to  w Casa Batlo. Smoki skrywają się również w Casa Mila, a najciekawszy przykład smoczej architektury to bez dwóch zdań Torre Bellesguard. Mój ulubiony łuskowaty przyjaciel strzeże wejścia do Pabellón Güell. 

   Dlaczego tak cenię Gaudiego?

 Ponieważ dostrzegał, że prawdziwe piękno kryje się w naturze – ozdobne mozaiki, które podziwiamy w Parku Guell mają niezwykłe kształty i kolory. Wytwór szalonej wyobraźni ?       

Raczej dowód na to, że był Gaudi bystrym obserwatorem przyrody. Sekret mistrza zdradziły mi pancerzyki owadów i łuski salamander, które spotkałam włócząc się po barcelońskich parkach. Węże i inne gadowate, płazy, ryby, motyle…. – Gaudi wiedział, że prawdziwe piękno już zostało stworzone – wystarczyło tylko je odpowiednio wyeksponować. Nic dziwnego, że artysta zyskał taką sławę – ostatecznie wszyscy jesteśmy częścią przyrody i będziemy szukać jej skrawków nawet pośród najbardziej zindustrializowanego środowiska.

Barcelona spod koca

Stolica Katalonii słynie ze wspaniałego klimatu, pysznej kuchni, imponujących zabytków i bogatego zaplecza kulturalnego.

Rok rocznie hordy turystów ściągają tutaj, aby powłóczyć się po La Rambla, sfotografować się pod Sagradą Familią, zajrzeć do Parku Gaudiego i zakosztować bogatego życia nocnego.

Jednak piękne kamienice to nie wszystko. Jeżeli liczymy na romantyczne zdjęcia malowniczych uliczek, możemy się nieco rozczarować. Dlaczego? Bo bardzo prawdopodobne jest, że harmonijne ujęcie zepsuje sterta starych koców, albo że w kadrze znajdzie się brudna ręka trzymająca kubek ze Starbucksa, przeznaczony na datki. Barcelona to jedno z miast z najwyższym wskaźnikiem bezdomności w Europie. Obecność kloszardów rzuca się w oczy i nie sposób ją zignorować.

3800 osób zalicza się do grona bezdomnych z czego aż 2171 noce spędza na ulicach.

Kim są? To nie tylko Hiszpanie – stanowią oni jedynie 25% bezdomnych. Pozostałe 75% to przybysze z zagranicy, imigranci z krajów afrykańskich takich jak Maroko czy Algieria.

Jest także wielu Rumunów, Włochów i Polaków. Znacząca część z nich to młodzi mężczyźni, poniżej 30 roku życia ( 18%). Przyjechali tutaj po lepsze życie, ale kryzys ekonomiczny spowodował, że nie odnaleźli się na rynku pracy. Na ulicy żyją też kobiety ( 11%) i osoby gender ( 9% ). Jak wygląda ich rzeczywistość? Nietrudno się domyślić, że nie prezentuje się zbyt różowo.

Niektórzy zarabiają zbierając złom, dla innych sposobem na zarobek stało się żebractwo. Enrique, z którym rozmawiam zbiera puste butelki i puszki po piwie. W sklepie wymienia je na pieniądze. Za połowę kupuje alkohol, za drugą jedzenie. Na ulicy jest już od 2013 roku. Dwa razy był w ośrodku dla ubogich, jednak musiał opuścić przytułki ze względu na problemy z alkoholem.

“Ulica wciąga. Jeżeli raz się tu trafi, to ciężko wyjść. Poznaje się ludzi, miejsca, w których można dostać za darmo coś do jedzenia, miejsca gdzie można się trochę umyć.Latem jest łatwiej, bo noce są ciepłe i nie trzeba się ogrzewać. Jednak gdy temperatura spada poniżej 0, robi się ciężko”

Ci którzy mają trochę sprytu i szczęścia znajdą sobie stare kurtki i kołdry, które zapewnią im choć odrobinę ciepła. Ci którym się to nie uda będą szukali innych sposobów. Stacje metra, dworce, szyby na pranie, kanalizacja… Gdy jest ci zimno nawet pojemnik na odpady staje się kusząca alternatywą. Jeżeli będzie nieco cieplej – wygodnym miejscem będzie sklepowa witryna – zazwyczaj jest wyposażona w daszek chroniący przed deszczem.

Innym problemem jest przemoc, innym handel narkotykami. W nocy na ulicach potrafi być niebezpiecznie. Zamieszki i bójki są na porządku dziennym.

Desperacja popycha w ręce przestępstwa. W poszukiwaniu zarobku niektórzy młodzi bezdomni angażują się w paserstwo, dołączają do grup kieszonkowców, a młode kobiety zajmują się prostytucją. Takie zajęcie czasami pozwala podreperować sytuację materialną, ale na ogół na krótko. Kto raz trafił na ulicę, zazwyczaj na nią wraca.

38 % zamieszkujących ulicę doświadczyli agresji fizycznej. Prawie połowa nie ma żadnego dostępu do sanitariów. Ośrodków pomocy jest zbyt mało, a ludzie ulicy często boją się szukać wsparcia. Bezdomność jest jak narkotyk, ciężko samemu wygrzebać się z bagna. Rzadko komu udaje się znaleźć pracę, jednak są i tacy którym się to udaje.

Miejsc zamieszkania ciągle brakuje, co prawda Caritas prowadzi program przyznawania mieszkań komunalnych, ale ich liczba jest ograniczona. Z 35 milionów budżetu miejskiego administracja Barcelony otrzymuje 150 tysięcy na sprawy socjalne – bezdomność jest jednak tylko jednym z problemów, więc pieniędzy nie starcza. Brakuje ośrodków, miejsc, pomocy sanitarnej, a tymczasem związku z kryzysem migracyjnym bezdomnych przybywa. Co dalej?

Bezdomnych będzie przybywać, a ich sytuacji nie polepszy raczej dążenie Katalonii do separacji.

Drżenie muzyki

Sylwester w ciszy

Eksplozja dźwięków wstrząsa murami kamienic, które wznoszą się wokół krakowskiego rynku.

Mieszkańcy grodu Kraka witają nowy rok w towarzystwie muzyki rozrywkowej – na scenie prezentuje się wielopokoleniowa plejada gwiazd – od Jana Rapowanie po artystów z projektu „Albo inaczej”. Zabawa jest wyborna. Publiczność ochoczo podryguje w rytm piosenek.

Na stojącym nieco na uboczu podeście grupa widzów energicznie bije brawo. Odpalają zimne ognie i wznoszą toast noworoczny. Postronnym trudno byłoby zrozumieć dlaczego od reszty publiczności oddziela ich metalowa barierka – przecież na pierwszy rzut oka nie różnią się niczym od innych obserwatorów.

A jednak. Bariera, która istnieje między nimi, a resztą to coś więcej niż kawałek metalu – to bariera dźwięku.

Ta niezwykła grupa to osoby głuche – należące do Krakowakiego Oddziału Polskiego Związku Głuchych.

  • Nie gniewaj się, może to głupie pytanie, ale skoro oni nie słyszą… to dlaczego w ogóle przychodzą na koncert? – pytam Adama Stromidło.

Pan Adam jest przewodniczącym Rady Głównej PZG. Z organizacją związał się już w latach dziewięćdziesiątych, biegle posługuje się językiem migowym, a za swoje działania na rzecz osób niepełnosprawnych został nagrodzony m.in. srebrnym Krzyżem Zasługi oraz tytułem Osobowość Roku 2017 w plebiscycie Gazety Krakowskiej.

– Odbierają wibracje. Nie czujesz drżenia podestu?

mgr. Adam Stromidło

W istocie – my ludzie odbieramy muzykę całym ciałem – wibracje płynące z głośników przenikają tkanki – dlatego właśnie dźwięk stosuje się powszechnie w różnego rodzaju terapiach.

  • Najlepiej, gdy podłoga jest drewniana, wtedy fale dźwiękowe docierają do każdej komórki – mówi Iwona Cichosz.
Iwona Cichosz

Dziewczyna od urodzenia nie mówi i nie słyszy – to efekt dziedzicznej wada genetycznej. Iwona jest aktorką, modelką i aktywistką. Prowadzi własny kanał na Youtube, a wswoich filmikach zaprasza widzów do świata osób głuchoniemych. Ponadto publikuje vlogi, odpowiada na pytania, obala stereotypy. Niepełnosprawność nie stanowi dla niej ograniczenia. Mówi:

Jestem dumna z tego jaka jestem. Pochodzę z rodziny głuchych. Głuchota to część mnie. Nie zależy mi na zmianie.

W 2017 roku wzięła udział w “Tańcu z gwiazdami”, udowadniając, że głusi mają poczucie rytmu – niejednokrotnie lepsze niż osoby słyszące.

Warto pamiętać, że upośledzenie słuchu ma różne skale – niektórzy nie słyszą w 70, inni w 80/ 90 procentach. Czasami specjalne aparaty umożliwiają odbiór dźwięków, jest on inny, niż u osób zdrowych, ale ciągle możemy śmiało nazwać to “słuchaniem”. Głusi nie tylko mogą głęboko przeżywać muzykę, mogą nawet ją tworzyć. Z powodzeniem uczą się gry na instrumentach, komponują, tańczą. Iwona korzysta nawet ze Spotify.

Czasem, gdy nikogo nie ma w domu, odpalam na słuchawkach playlistę…

Za granicą tworzy się specjalne kamizelki, które pozwalają osobom głuchym odbierać bardziej skomplikowane niuanse dźwiękowe – dzięki nim ludzie tacy jak Iwona mogą nawet doświadczyć koncertu w filharmonii.

Uwielbiam chodzić na koncerty, to dla mnie zawsze bardzo intensywne doświadczenie. Światła, wibracje, puls publiczności, rytm tańca…to coś wspaniałego. Nawet jeżeli nie słyszę muzyki, to mogę ją zobaczyć, poczuć w ciele..

  • Po za tym koncert to okazja do spotkania, zabawy i integracji. Miło spędzić czas ze znajomymi – mówi Adam.

Jesteśmy głusi, a nie niewidzialni…

Czy to, że ktoś jest głuchy oznacza, że powinien schować się w domu? Bynajmniej.

Każdy chce po prostu korzystać z życia, celebrować chwile na swój własny sposób. Na krakowskiego sylwestra członkowie związku przynieśli symbolicznego szampana. Jest co świętować. W tym roku po raz pierwszy na koncercie utworzono specjalną przestrzeń dla osób niepełnosprawnych – nie tylko głuchych.

Specjalny podest ułatwił obserwowanie tego co działo się na scenie. Pomógł też w odbiorze wibracji dźwiękowych. Ponadto każdy niepełnosprawny, który przyszedł na koncert, otrzymał kocyk, ogrzewacze do dłoni i czapkę, a także wsparcie pracowników KBF. To była szansa, żeby wyjść z cienia i pokazać, że osoby niepełnosprawne są pełnoprawnymi członkami naszego społeczeństwa.

Życie w ciszy

A jednak mało mówi się o problemach, z którymi niesłyszący zmagają się na co dzień.

Pomimo tego, że na przestrzeni ostatnich lat sytuacja uległa poprawie, to jeszcze sporo pozostało do zrobienia.

Czasem widząc osoby głuche, ludzie się śmieją, wytykają “migających”palcami, a pracodawcy zatrzaskują im drzwi przed nosem.

Najtrudniej załatwić podstawowe sprawy. Osoba głucha może nie poradzić sobie sama w urzędzie, na poczcie, w sklepie, czy u lekarza. Potrzebuje tłumacza – tymczasem w instytucjach publicznych rzadko spotkamy osoby posługujące się językiem migowym. Gdyby ktoś nie miał nikogo do pomocy funkcjonowanie w przestrzeni publicznej byłoby bardzo utrudnione.

Zadzwonić gdzieś domofonem, wezwać straż pożarną, pogotowie, czy policję? Odebrać pilny telefon? Wziąć udział w spotkaniu biznesowym? Codzienne życie może sprawić sporo kłopotów. Zatem, jak możemy ułatwić osobom głuchym funkcjonowanie w przestrzeni miejskiej? Na pewno zwracając uwagę na to, że istnieje problem, nigdy nie wyśmiewać.

Możemy przypominać o konieczności tworzenia pisemnych komunikatów na dworcach, albo wyświetlania napisów podczas spektakli teatralnych i pokazów filmowych. Możemy także podjąć naukę języka migowego – w Krakowie na ulicy św. Jana organizowane są kursy, na które można pozyskać dofinansowanie w wysokości nawet 80 % . Zostając tłumaczem będziemy w stanie umożliwić osobie niepełnosprawnej komunikację ze światem.

Warto być świadomym. Rozglądać się. Zwracać uwagę na tych, o których się nie mówi. Pomagać można na wiele sposobów i na wielu polach. Każdy z nas może znaleźć przestrzeń, w której wykorzysta swoje umiejętności na użytek społeczny. Czasami świat wydaje się nam zbyt głośny i zbyt chaotyczny. Czemu więc nie zanurzyć się chociaż na chwilę w świat ciszy?

http://www.pzg.krakow.pl/

http://www.migowy-krakow.pl/

https://www.youtube.com/channel/UCnLHYx1rxLN0BcGYbjQVkEQ

Pingwin, który nauczył się latać

This image has an empty alt attribute; its file name is 20191221_140832.jpg

Większość z nas słusznie zakłada, iż pingwiny nie potrafią latać. Nie pozwalają im na to nieproporcjonalnie małe skrzydła i zbyt krótkie nogi. A jednak…istnieje przedstawiciel tego gatunku, który wyłamał się ze schematów.

Simon jest ewenementem na skalę światową – to pierwszy pingwin, który niebywale często eksploruje przestworza. Jak to możliwe? Cóż…trzeba przyznać, że nie robi tego za pomocą skrzydeł. Nie wymkniemy się wszystkim prawom przyrody, ale na szczęście z pomocą przychodzi nam technologia. W końcu, od czego są samoloty?

Simone podróżuje Tanimi Liniami Lotniczymi. W ten sposób odwiedza kolejne kawałki globu. Dotychczas zaliczył wizyty w 58 państwach. Ostatnim celem była Turcja, najbliższe dwa tygodnie spędzi w Polsce, a w następnej kolejności uda się do Japonii. Oprócz Kraju Kwitnących Wiśni planuje zahaczyć o Koreę Południową. Zapewne wielu z was zastanawia się jak to możliwe, że przedstawiciel jednego z najrzadziej występujących gatunków bez przeszkód przechodzi przez kontrole bezpieczeństwa na lotniskach. Cóż…pora wyjawić, że Simone nie jest zwykłym pingwinem. To pluszowy ptaszek, a przez kontrole przenosi go właściciel – Igor.

This image has an empty alt attribute; its file name is 20191221_140905.jpg

Igor pochodzi z Ukrainy. Na pomysł wysłania pingwina w podróż wpadł trzy lata temu. Dlaczego?

– A dlaczego nie? Czy wszystko musi mieć sens?

This image has an empty alt attribute; its file name is 20191221_141028.jpg

Igor uważa, że w życiu trzeba mieć odrobinę fantazji. Po zakończeniu studiów ekonomicznych zatrudnił się w korporacji, gdzie pracował przez kilka lat. Szybko zaczęła doskwierać mu rutyna. W końcu zdecydował się porzucić niesatysfakcjonujące zajęcie i spełnić marzenie o podróżach. Pluszowego przyjaciela znalazł na śmietniku. Ktoś pozostawił Simona przy niebieskim pojemniku – Igorowi żal się zrobiło wygnanego pingwina, więc postanowił zabrać go w podróż.

W każdym miejscu, które odwiedza, Simon pozuje przed charakterystycznym obiektem. Ze zdjęć powstają pocztówki, które Igor rozdaje przechodniom. Każdy może za darmo poczęstować się pocztowką, ale może również udzielić globtroterom finansowego wsparcia – wiadomo, liczy się każdy grosz.

This image has an empty alt attribute; its file name is 20191221_141026.jpg

Dla jasności – samoloty to nie jedyne środki transportu, z których Igor korzysta w czasie podróży.

W Gruzji i Norwegii uprawiał trekking, zaś po Państwie Smoka pędził szybką koleją. Podróż przyniosła mu wiele satysfakcji, ale i smutku.

Kiedy człowiek przemierza duże dystanse, rzucają mu się w oczy różnice pomiędzy poszczególnymi państwami – zarówno te ekonomiczne, jak i społeczne. W New Delhi ludzie żebrają na ulicach ( w towarzystwie śmieci).

Mieszkańcy Oslo wygrzewają się w blasku słońca w otoczeniu nieskazitelnie czystej przyrody. To niemal zabawne.

Co prawda Igor jest uśmiechnięty,ale pod maską uśmiechów można dostrzec zmęczenie.

Taka podróż wyczerpuje – zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Do tego trzeba liczyć się z wysokimi kosztami.

Co gdy Igorowi kończą się pieniądze? Wtedy chwyta się różnych dorywczych prac – sprząta, gotuje, opiekuje się zwierzętami i robi zdjęcia.

Nocleg znajduje za pomocą portalu Coachsurfing.

Często po prostu korzysta z uprzejmości innych ludzi.

This image has an empty alt attribute; its file name is 20191221_141039.jpg

Niespodziewałem się tak pozytywnego odbioru. Gdy ludzie słyszą o projekcie, często wyrażają wolę zaangażowania się. Chętniej oferują podwózkę, a nawet darmowy nocleg.Gdyby nie pomoc innych, nie dałbym rady.

Podczas podróży Igor poznał ciekawe osobistości i przeżył wiele interesujących przygód. Najlepiej wspomina podziwianie wschodu słońca na szczycie wulkanu w Indonezji. Za najdziwniejsze przeżycie uważa próbowanie kurzych łapek w Chinach.

Nigdy nie zrozumiem, jak ci goście mogą to jeść. To naprawdę obrzydliwe.

Są także smaczniejsze wspomnienia – w Belgii Simon został zaproszony do wytwórni czekolady przez pracującego tam hosta.

Belgowie naprawdę potrafią robić dobre słodycze

– Belgijska czekolada brzmi świetnie, ale czy ty nigdy nie tęsknisz za domem ? – pytam

O powrocie myślę tylko w momentach kryzysowych. Na przykład, pewnego razu musiałam koczować na Heathrow przez 48h ze względu na intensywne opady śniegu. Wtedy z sentymentem myślałem o moim starym mieszkaniu. Ale po za takimi krótkimi chwilami – nie żałuję.

Ta podróż wiele mnie nauczyła, o sobie i o ludziach.

– Co jest według Ciebie najważniejszą lekcją, którą wyciągnąłeś z projektu?

Nasze życie to żart, ale może być całkiem interesujące – jeżeli nauczymy się nadawć sens małym rzeczom i odnajdywać w nich przyjemność – będzie nam łatwiej odnaleźć szczęście.

No i nie zapominajmy, warto zatroszczyć się o dobre towarzystwo – to ludzie, których spotykam, czynią moją podróż wyjątkową.

Bądźmy wdzięczni za każde spotkanie, jakie przynosi nam życie.

Jeżeli chcecie śledzić podróż Simone’a i Igora odwiedźcie:

https://instagram.com/simon_traveler?igshid=l9sph05d9kmj

Mówię językiem ciała

  To styl życia, pasja, szczęście, ucieczka, wybawienie i przekleństwo zarazem – tak o swojej pasji mówią młodzi tancerze, którzy po raz kolejny zebrali się w Krakowie, aby świętować jedno z największych wydarzeń tanecznych w Europie.

   Fairplay Dance Camp jest organizowany rokrocznie od 2011. To cykl 8-dniowych warsztatów i zajęć rozwojowych dla tancerzy, prowadzonych przez najlepszych choreografów i artystów z całego świta. Inicjatywa narodziła się w szkole tańca w Białymstoku. Jednym z pomysłodawców był Karol Niecikowski znany z programów World of Dance i YouCanDance.

  Przyjaciele nazywają go „Niecik”, gustuje w dobrej kawie i muzyce Chrisa Browna, jest choreografem i byłym tancerzem – razem z FairPlay Crew przemienili Białystok w taneczną stolicę Polski. Na organizację festiwalu wpadli, gdy próbując rozwijać taneczną pasję poszukiwali ciekawych warsztatów w Europie. Taniec, szczególnie street’ owy – a w tym hip hop, breakdance, popping oraz pokrewne style –  był i wciąż pozostaje dziedziną niszową, szczególnie w Polsce.

 Jak opowiada Karol, pomysł na organizację profesjonalnych warsztatów tanecznych narodził się, ponieważ jeszcze parę lat temu w naszym kraju dobrych nauczycieli i choreografów prawie nie było. Dla młodych, pragnących się rozwijać artystów jedyną szansę stanowił wyjazd na niezwykle kosztowne szkolenia zagraniczne – niewielu mogło sobie na to pozwolić. Z tego względu przyjaciele z Białegostoku postanowili zaprosić najlepszych tancerzy globu do kraju nad Wisłą.

  Dzięki tej inicjatywie młodzi, Polscy „street – owcy” zyskali niepowtarzalną szansę na podnoszenie swoich kwalifikacji na ziemi rodzimej. Od kilku lat festiwal odbywa się w Krakowie, skupiając w okół siebie miłośników tańca.

    Przyjeżdżają z bliska i daleka – z Rio de Janeiro, z Norwegii, a nawet z Tel Avivi’u i Indii. Spacerując po terenie AWF, na którym zorganizowano festiwal, można usłyszeć prawdziwą językową mieszankę. Tancerze w większości tryskają pozytywną energią. Są głośni, wygłupiają się, jedzą lody i podrygują w rytm ukochanych kawałków. Choć mozaika jest niezwykle kolorowa, a każdy z uczestników wyróżnia się na swój własny sposób – czy to ciekawym strojem, czy to niebanalnym uczesaniem – panuje bardzo przyjacielska atmosfera. Uprzedzenia wciera się w parkiet, bo chociaż wszyscy są różni, mówią jednym, wspólnym językiem – językiem ciała.

    Michaił przyjechał z Bukaresztu. Ma 22 lata, taniec trenuje od sześciu lat. Próbował wielu stylów- od hip hopu, przez contemporary, aż po house. To jego trzeci Camp. Zajęcia są wyczerpujące ( do dziewięciu godzin dziennie ), ale Michaił nie omija żadnych, nawet tych z improwizacji, za którą nie przepada.

Wolę uczyć się choreografii, ale uważam, że każdy nauczyciel może przekaać ci coś wartościowego, dlatego nie opuszczam „classów”. Wiele z zadań stanowi dla mnie wyzwanie, wybrałem się na przykład na zajęcia z poppingu – jedne z najtrudniejszych w moim odczuciu.

  Uczestnicy warsztatów mają do wyboru dwa bloki zajęć – jeden poświęcony nauce choreografii do konkretnych piosenek, a drugi tańcu streetowemu – szkoleniu techniki, uczeniu się nowych kroków i rozwijaniu własnej twórczości. Każdy znajdzie coś dla siebie, ale zainteresowani mogą spróbować nowych rzeczy. Tutaj tancerki modern jazzu podrygują w rytm rapu, a hiphop’owcy kręcą piruety.

Człowiek rozwija się, kiedy opuszcza swoją strefę komfortu, po to tutaj przyjechałem. Kocham taniec, chcę być najlepszy, dlatego muszę uczyć się od najlepszych tancerzy, próbować nowych rzeczy, uzupełniać braki. Co jest w tym wszystkim najtrudniejsze? No cóż, na pewno zmęczenie, ból mięśni, ale także świadomość trudnej przyszłości. Taniec to bardo konkurencyjna dziedzina, żeby dostać się na szczyt trzeba poświęcić bardzo wiele – konstatuje Michaił

     Kiedy pytam tancerzy, czy jest coś w tańcu, czego nie lubią, albo co oceniają negatywnie, jednogłośnie wskazują przemysł taneczny. To, czy dany tancerz spodoba się firmie i odniesie sukces na castingu jest często kwestią przypadku – czy spodobasz się jury, czy nie. Często w grę wchodzą układy, znajomości. Trudno jest przebić się bez pleców.

Jeżeli nie szukają wysokiej brunetki, to nie mam żadnych szans na otrzymanie roli lub miejsca w formacji – mówi Daria z Lwowa.

  Dwudziestolatka tańczy niemal od urodzenia. Kilka lat temu postanowiła zająć się tym „na poważnie” i dołączyła do zespołu. Na FairPlay przyjeżdża po raz kolejny. Mówi, że najwyżej ceni sobie atmosferę eventu oraz fakt, że tutaj czuje, iż faktycznie się rozwija.

Odkąd przyjechałam tu pierwszy raz, widzę ogromny postęp, łatwiej zapamiętuję choreografię i zyskałam większą swobodę.

   Daria wygrała dziką kartę – jej umiejętności przyciągnęły oko instruktora, dzięki czemu może walczyć o jedno z prestiżowych stypendiów – w szkole w Rio de Janeiro albo w studio w Los Angeles.

Ale od nagrody ważniejsza jest po prostu satysfakcja z postępu i sama radość tańca –  zapewnia Daria.

     W przeciwieństwie do większości uczestników Anna z Kanady nie wiąże przyszłej kariery z tańcem. Dziewczyna pragnie być lekarzem, hip hop trafił do jej życia przypadkiem. Przyjaciółka zachęciła ją do pójścia na bezpłatne zajęcia. Magia zadziałała, Anna połknęła bakcyla. Zaczęła aktywnie trenować – cztery razy w tygodniu. Robi to tylko dla przyjemności.

Taniec sprawia, że jestem szczęśliwa, dzięki niemu czuję się silniejsza. Dodaje mi sił każdego dnia. Na co dzień nie jestem zbyt pewna siebie i dopiero w tańcu zyskuję odwagę. Wiem, że chcę się rozwijać i uczyć, dlatego właśnie tu przyjechałam  – mówi

Taniec pozwala wyrażać emocje, których na co dzień się wstydzimy, słowa, których obawiamy się wypowiedzieć. Kiedy tańczę uwalniam wszystko co gniecie mnie w środku, staję się na powrót sobą. Każda choreografia jest oczyszczającym przeżyciem – opisuje Jan z Amsterdamu.

    Jego poglądy podziela większość uczestników. Wszyscy zgodnie twierdzą, że dzięki tańcu odzyskują równowagę ducha, ruch to ich forma komunikacji ze światem, ale także okazja do poznania samego siebie i innych osób.

Poprzez taniec możemy nawiązać kontakt z drugim człowiekiem, z każdego kroku da się wiele wyczytać. Na przykład to, czy ktoś na co dzień gustuje w ciężkich beatach, czy woli taniec współczesny – dodaje Edin z New Delphi.

    Ona sama jest modelką i nauczycielką. Drobniutka, we włosy wplata niebieskie pasemka. Tryska pozytywną energią. Mówi łamaną angielszczyzną, ale i tak z łatwością nawiązujemy wspólny język.  Wszyscy ją uwielbiają, ruchliwa, ze słuchawkami w uszach, nieustannie podryguje. Bez wątpienia, Edin należy do najbardziej zdolnych uczestniczek campu – instruktorzy chętnie wybierają ją do końcowych występów. Każdą choreografię kończy z szerokim uśmiechem na twarzy. Gdy pytam ją, czym jest dla niej taniec, unosi brwi ze zdziwienia.

Taniec? To moje życie, powietrze wszystko co mnie dotychczas spotkało i co mnie spotka. Taniec to po prostu cała ja.

Dotychczas dziewczyna otrzymała wiele nagród oraz propozycji współpracy, prowadzi zajęcia i liczy, że któregoś dnia założy własną szkołę taneczną.

To nie jest łatwa pasja, ale nie wyobrażam sobie życia bez tańca, chcę tańczyć tak długo aż nogi nie odmówią mi posłuszeństwa – uśmiecha się

Design a site like this with WordPress.com
Get started